Wrzuć na luz!

 

Dzisiejszy post miał być zupełnie o czymś innym. Jednak po ostatnich wydarzeniach stwierdziłam, że warto o tym napisać.

Wczorajszy dzień zaczął się od tego, że wstałam przysłowiowo „lewą nogą”. Główna przyczyna była tak, iż po prostu nie wyspałam się.

Po pierwsze, dlatego, że położyłam się jak zwykle za późno, po drugie mój najmłodszy osesek wyjątkowo często budził się w nocy na karmienie…. 😉

Jednak lekceważąc pierwsze sygnały nadchodzącego „złego dnia“ przystąpiłam do porannej toalety, jedząc przy tym w pośpiechu śniadanie. Potem szybki makijaż, który z założenia miał zamaskować to, co pojawiło się na mojej twarzy – konkretnie brodzie, przypominając mi czasy, kiedy byłam nastolatką i wówczas dokonywałam podobnych czynności.
Zadowolona z efektu upuściłam łazienkę i ponagliłam syna, aby szybciej ubierał się do wyjścia, gdyż w przeciwnym razie spóźnimy się do szkoły.
Szczęśliwie dojechaliśmy do celu podróży i na pożegnanie dałam mu całusa – na szczęście jeszcze jest w tym wieku, że się tego nie wstydzi – zadowolona udałam się w dalszą podróż na umówione spotkanie.
Podobnie jak wcześniej udało mi się dotrzeć o dziwo punktualnie.
Po przywitaniu się z koleżanką i złożeniu zamówienia zgodnie ustaliłyśmy, że dajemy sobie przyzwolenie na 15 minutowe pogaduszki, by po tym czasie z czystym sumieniem zabrać się do pracy.

I tu zaczyna się prawdziwa historia 🙂

Otóż tak nam się miło rozmawiało na przeróżne tematy, że zupełnie straciłyśmy poczucie czasu i kiedy, w którymś momencie spojrzałyśmy na zegarek okazało się, że czas naszego spotkania powoli dobiega końca, a my byłyśmy w lesie z całą pracą…

Zapytacie i co się stało?

No, niby nic, ale pojawiły się moje ulubione wyrzuty sumienia!!!
Czasami mam taką tendencję do samobiczowania się. Odzywa się we mnie wówczas mój „ulubiony” syndrom tzw. „pani perfekcyjnej”, która gdy ma wszystko zaplanowane to, nie wiem, co by się miało wydarzyć musi należycie wywiązać się ze wszystkich zaplanowanych wcześniej przedsięwzięć.

Starałyśmy się same przed sobą usprawiedliwić i nawet stwierdziliśmy, że, po co my kobiety wpędzamy się w takie mechanizmy? Ot zdarzyło się i wielka mi sprawa.
Usprawiedliwienie wydawało mi się jak najbardziej wiarygodne i mocne w argumenty, jednak w drodze powrotnej wróciło poczucie winy i zmarnowanego czasu. Obiecałam sobie, że jak tylko wrócę i przygotuję posiłek dla wygłodniałej dziatwy zabieram się do pracy.
W domu o zgrozo przywitał mnie artystyczny nieład porozrzucanych zabawek i płacz najmłodszej dzieciny, która właśnie ząbkuje. Na domiar złego przypomniałam sobie, że zapomniałam odebrać strój na zabawę karnawałową dla syna 🙂
Nic tylko usiąść i płakać!!!
Na szczęście po chwili udało mi się opanować sytuację w domu. Nakarmić dzieci, zwierzęta, ogarnąć z grubsza zabawki, po to by w końcu zalec na kanapie.
Lecz o ile syn zajął się sam sobą, to z córeczką było nieco gorzej. Nie chciała sama siedzieć na dywanie i bawić się zabawami, tylko jedyną opcją było noszenie na maminych rękach.
Po paru godzinach od mojego przyjścia na ratunek przyszedł długo wyczekiwany mąż. Niestety nie zdążyłam nawet wręczyć mu córeczki na ręce, bo młodej zachciało się w końcu spać, więc czym prędzej udałam się do sypialni w nadziei, że gdy tylko zaśnie zbiorę się do pracy.
Jednak pomimo zmęczenia i wyraźnej senności nie mogła złapać głębszego snu, za każdym razem, gdy próbowałam wyjść z sypialni budziła się z płaczem.
Chcąc nie chcąc spędziłam tam godzinę i w momencie, gdy wydało mi się, że teraz to już na pewno śpi, obudziła się z uśmiechem na twarzy. 🙂
Jak możecie się domyślać było już po spaniu i zaplanowanej pracy – zegar pokazywał godzinę 20.00.
Mąż w międzyczasie zdążył pojechać z młodym na trening i po strój karnawałowy, a ja nawet nie zrobiłam kolacji.
Zjedliśmy ją z lekkim opóźnieniem, wykąpaliśmy ferajnę, jednak ani jedno, ani drugie nie kwapiło się by zasnąć. Dopiero wszyscy razem padliśmy w okolicach godziny 23.00.
A zapomniałam wspomnieć o moim makijażu, który miast zakrywać okazałe wykwity na mojej twarzy, jeszcze bardziej je uwypuklił!!!

Dziś rano pojawiła się konkluzja, którą wczoraj powiedziała mi koleżanka, że czasami zamiast spinać, napinać , samobiczować się i stawać na głowie WARTO WRZUCIĆ NA LUZ i dać ponieść się chwili. Na nic zdały się moje nerwy, pośpiech i wyczekiwanie momentu sam na sam. Wczoraj działo się jakby wszystko na przekór mnie. Czas nie stał w miejscu, obiad sam się nie zrobił, córeczka nie dokazywała humorem, a ja byłam bardzo sfrustrowana.

Dzisiaj z przymrużeniem oka patrzę na wczorajsze wydarzenia i śmieję się sama z siebie.

Bo czym jest nasze życie?

Życie to te krótkie chwile, które spędzamy czasami robiąc coś w pośpiechu, a czasami wolno i przyjemnie jak rozmawiając z koleżanką – p.s. Asiu pozdrawiam Cię ciepło 🙂 – to właśnie one tworzą całość.

Życzę Wam udanego dnia i pamiętajcie o tym, by czasem wrzucić na luz 😉

10 Comments

  1. babecznik.pl said:

    Tez jesteśmy tego zdania! Nic na siłę, bo się nie da:) Również miłego dnia!

    27 stycznia 2016
    Odpowiedz
    • malgorzata said:

      Cały czas się tego uczę. 😉 Pozdrawiam 🙂

      27 stycznia 2016
      Odpowiedz
  2. Mama 24h said:

    Dokładnie, życie to krótkie chwile i trzeba czasami odpuścić, dla własnego zdrowia psychicznego 😉

    27 stycznia 2016
    Odpowiedz
    • malgorzata said:

      Oj, nie jest to łatwe… 😉 Pozdrawiam 🙂

      27 stycznia 2016
      Odpowiedz
  3. Sylwia said:

    Wieczorem spotkałam się z tą samą Asią:-) Słyszałam o „Waszym kwadransie”… Wrzucajmy na luz! i bądźmy w tym, co się dzieje, wydarza. Nic więcej:-)

    27 stycznia 2016
    Odpowiedz
    • Małgosia said:

      Dokładnie Sylwia 🙂 bądźmy dla siebie bardziej wyrozumiałe!! 😉
      Pozdrawiam

      27 stycznia 2016
      Odpowiedz
  4. U mnie podobnie to wszystko działało. Spinałam się denerwowałam. Przyszedł jednak moment ocknięcia- nie jestem robotem i mam prawo do słabości. Lepiej się żyje z takim podejściem, choć czasem zakradają się wyrzutu sumienia…coraz rzadziej jednak 🙂

    3 lutego 2016
    Odpowiedz
    • Małgosia said:

      Ostatnio za dużo wzięłam sobie na głowę, a wszystko to pod szyldem: „powrotu do aktywności zawodowej po urodzeniu dziecka” i życie znów utarło mi nosa 😉 Pozdrawiam 🙂

      3 lutego 2016
      Odpowiedz
  5. ARBUZIAKI said:

    Widzę, że mamy baaaardzo zbieżny pogląd na ten temat 🙂 Małgosiu nie dajmy się, nie spinajmy, a będzie ok, bycie mamą jest piękne, tylko trzeba umieć WRZUCIĆ NA LUZ i czerpać z tego całymi garściami 🙂

    19 lutego 2016
    Odpowiedz
    • Małgosia said:

      Witaj, ostatnio czytam twoje posty i myślę, że nie tylko, to mamy wspólne. 😉 Odnośnie tematu, to kiedyś byłam perfekcjonistką, czasami to do mnie wraca, na szczęście już szybko rozpoznaję pierwsze objawy „chorobowe” i za każdym razem jest coraz lepiej! O wiele łatwiej mi się żyje od kiedy umiem słuchać siebie.
      Serdecznie pozdrawiam 🙂

      19 lutego 2016
      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *